Moje opowiadania są kontynuacją przygód bohaterów książek z cyklu ,,Dary anioła”. Opowiadanie zaczyna się jakiś rok po ostatecznej śmierci brata Clare, Sebastiana. Będą nowi bohaterowie jak i wrogowie. Czy może Valentine miał ucznia o którym nikt nie wiedział? Czy tajemnicze zabójstwa Nefelim się wyjaśnią? Czy miłość wystarczy do przeżyci?

sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 12 „ Pomysły ”



Jace.


Czuje że mam mokre ramię. Po chwili otwieram oczy, i okazuje się że to są łzy Clary. Odruchowo spoglądam na zegarek, sierodek nocy. Następnie spojrzenie przesuwam czule na ukochaną. Ocieram łzy z jej policzka. Moje spojrzenie wędruje na jej brzuch, który zrobił się znacznie większy, niż był jeszcze wieczorem.

- Clary. - Szepcze aby dziewczynę obudzić. Nic – Clary otwórz oczy. - Również nic. Zaczynam nią delikatnie ruszać.- Clary proszę otwórz oczy!

Dziewczyna tym razem budzi się i spogląda na mnie poirytowana.

- Co się stała? - Dopytuje się?

- Płakałaś przez sen. - Mój ton wydaje się być delikatny, ale tak naprawdę to się o nią martwię. - Nie wiedziałem co się dzieje, dlatego postanowiłem się dowiedzieć.

- Więc obudziłeś mnie. - Po jej głosie mogę rozpoznać, że jest zmęczona. - Naprawdę, czasami mam ochotę cię... - Nie daje jej dokończyć. Nakryłem jej usta swoimi. Chwilę później leżymy w obiciach.

- Clary kocham cię, i martwię się o ciebie. Więc co się dzieje? Dlaczego płakałaś? Miałaś zły sen? - Próbuje się dowiedzieć.

Nie opowiada, tylko bierze moją prawą dłoń i prowadzi ją tak by dotknęła brzucha. Czuję jak mój syn się wierci i mocno kopie. Uśmiecham się czując go. Spoglądam na Clary pytająco.

- Kopie. - Odpowiada.

- Czuję. Ale nie rozumiem, dlaczego płakałaś? - Przewróciła oczami.

- Wiesz jag byś dostał w kręgosłup i żebra, od sierodka to pewnie by bolało. - Uśmiechnąłem się, pokazując białe zęby. - Wiem jedno, ten maluch będzie podobny do ciebie. - Mój uśmiech się poszerzył.

- Po czym to rozpoznałaś? - Chcę wiedzieć. Chodziarz to jest jasne że będzie podobny do mnie. No bo kto by nie chciał. Wiele osób biło się o tą posadę, a tylko ja ją dostałem.

- Morze po tym że obaj potraficie dać mi w kość. - Wtula się we mnie, kładzie głowę na moim torsie i automatycznie zasypia.

Czy ja naprawdę daje jej tak często w kość? Nie przypominam sobie żadnego razu. Ale skoro tak twierdzi. Muszę wymyślić jak to jej wynagrodzić.

                                                                                    
***


Ze świtem słońca wstaję, biorę szybki prysznic, ubieram się, całuję żonę w czoło.

-  Bądź tylko grzeczny. Potrzebuję dużo czasu. Dlatego masz nie budzić mamusi. - Mówię do dziecka, a raczej brzucha po czym go delikatnie całuję tak aby nie obudzić Clary.

Z chodzę szybko do kuchni i biorę się za robienie śniadania. Wyciskam świeże pomarańcze na sok i robię sałatkę owocową z jogurtem. Oby jej smakowało. Nakładam wszystko na tace i wracam do sypialni z posiłkiem. Kładę tace ostrożnie na szafeczce nocnej i postanawiam położyć się obok Clary.

Mija dziesięć minut, półgodziny, godzina. Dziewczyna przekręca się w moją stronę i leniwie otwiera oczy. Jej zielone oczy przypominające szafiry, napotkały moje. Mógłbym wpatrywać się w nią godzinami. Magle przypomniałem sobie o posiłku który przygotowałem.

- Dzień dobry. Dobrze spałaś? - Całuję ją ponownie w czoło.

- W sumie to tak. - Uśmiechamy się do siebie.

Odwracam się...

                                                            

***


Clary


Odwraca się i podaje mi tacę. Siadam i kładzie mi ją na kolana. Widzę sok pomarańczowy i sałatkę z owoców i jogurtem. Spoglądam na chłopaka pytająco i z lekkim zdziwieniem.

- Co przeskrobałeś? A morze raczej co się stało?

Jace wydaje się być lekko zdziwiony.

- A co ma się stać. Już nie można zrobić i przynieść śniadania do łóżka, własnej żonie? - Mówi udając urażonego.

- Ostatnim, razem jak to zrobiłeś okazało się że...

- Wiem, wiem, ale tym razem przyrzekam na Anioła że byłem grzeczny. - Uniósł dwa palce jak harcerz, podczas składania przysięgi. Spoglądam na niego powoli, i mu uwierzyłam. - A teraz spróbuj.

- Okeeej.

Zaczynam od sałatki. Pyszna. Następnie sok. Równi dobry.

- I jak?

- Niech pomyślę. - Udaje że się nad czymś zastanawiam.- Przepyszne dziękuję.

Blondyn ściąga tace z moich kolan i kładzie na szafce nocnej. Po chwili odwraca się do mnie. Wyciągam się do niego i namiętnie całuje.

- Naprawdę dziękuje. - Wyszeptałam.

- Jeżeli za każdym razem będzie taka nagroda, to będę robił tak częściej.

Po czym wstał i wyszedł z pokoju zabierając naczynia. Jeszcze przez kilka minut leżałam trzymając ręce na brzuchu. Również wstałam, wyciągłam z garderoby luźną bluzkę i ciemne rurki. Udałam się do łazienki, wzięłam szybki prysznic, umyłam zęby, zrobiłam porządek z włosami oraz lekki makijaż.

Założyłam balerinki i zeszłam na dół. W kuchni nie codzienny widok, Jace sprząta! I to na moich oczach. Po prostu szok. Oparłam się o framugę drzwi. Po kilku minutach blondyn mnie zauważył.

- Wiem że chcesz pomóc.

- Raczej podziękuje.- Zaczęłam się uśmiechać pod nosem czując delikatne poruszanie się... Imię! Trzeba będzie wymyślić imię dla dziecka. - Ale wiesz, tobie to wychodzi znakomicie.

- Wiem i w sumie skończyłem.- Podszedł do mnie i chwycił moją dłoń. - Pójdziesz ze mną na spacer?

- Z przyjemnością.

Ubraliśmy się w kurtki i ruszyliśmy. W około powoli wszystko rozkwitało, choć na dworze nadal było z lekka chłodnawo. Szliśmy ścieżkami, jedna przywołała wspomnienia. Natomiast śmierć Hodgea zabitego przez mojego brata...

- Coś się stało? - Głos Jace wyrwał mnie z zamyśleń.

- Nie, skądże. - Uśmiecham się.

- Jak chcesz to nie mów. - Jego głos wydaje się być urażony. Westchnęłam.

- Przepraszam, po prostu naszły mnie wspomnienia...

- Związane z Hodgea?- Przerwał mi. Jag by czytał w moich myślach.

- Skąd wiesz?

- Po prostu znam cię bardzo dobrze. I poznaję każdego dnia na nowo. Twoją czułość, delikatność i to jak szybko potrafisz się przenieść do własnego świata. Każdego dnia poznaje cię na nowo a zarazem coraz lepiej. Tak samo co dziennie zakochuje się w tobie na nowo, a zarazem znacznie bardziej. Każda cząsteczka mnie kocha cię jak nic innego na tym świecie. Czasami mam wrażenie że dzięki tobie żyje i tylko ty trzymasz mnie na tym świecie. Za co ci dziękuję.

TMI  (39)                                               
 ***


Nagle w mgnieniu oka znaleźliśmy się przy jeziorze Lyn. Stanęliśmy nieopodal wody na piasku. A właściwie to usiedliśmy na ławce niedaleko miejsca w którym Valentine zabił Jace, a Ithariel na moją prośbę go wskrzesił. To był najgorszy a zarazem najpiękniejszy dzień w moim życiu. Usiadłam na kolanach blondyna a ten swoje ręce oplótł w moim pasie.

- Jace?

- Hm

- Jakie imię byś wybrał, dla dziecka?

Chłopak przez chwilę się zastanawiał.

- A jakie ty byś wybrała? - Odpowiada pytaniem na pytanie.

- Pierwsza spytałam.

- No dobra. Może Gideon lub Will.

- Też myślałam nad imieniem William no i Tobias.

- Czyli mamy zwycięzce Will. Podoba mi się. - Czułam jak się uśmiecha.

- Mi też. - Uśmiech zagościł również na mojej twarzy.

Wstałam i podeszłam bliżej wody. Czułam na sobie spojrzenie męża. Najpierw uniosłam głowę i spojrzałam w niebo, a po chwili przeniosłam wzrok na lustro*. Przed moimi oczami ukazał się ponownie obraz wspomnienia z tamtego dnia.

Nagle poczułam jak Jace obejmuje mnie od tyłu, w pasie. Zadrżałam.

- Zimno ci? - Pokręciłam głową, którą oparłam o jego ramię. - Wracamy? - Po chwili spytał.

- Jak chcesz.

- Czyli wracamy. Dzisiaj jest zebranie Clave, na którym mam się zjawić. - Obróciłam się w jego objęciach, przodem do blondyna. Spojrzałam na niego pytająco.- Nic ci nie mówiłem?

- Nie. Nic a nic.

- Więc jest dziś zebranie Clave, na którym mam się zjawić. Nie wiadomo gdzie jest Iga, Rada próbuje się dowiedzieć. Od czasu do czasu są widoczne jej ślady życia. Podejrzewają że Przebywa w innym wymiarze jak kiedyś...

- Sebastian.- Szepcze przerywając mu. - Mówiła coś o dokończeniu tego co zaczął mój brat.

- Pamiętam. Chcą opracować strategię. - I wszystko jasne.

- A do tego nie ma nikogo lepszego, od ich najlepszego Łowcy. Którym okazujesz się być ty.

- Zdziwiona. - Uśmiecham się lekko. - No wiesz co. Myślałem że masz więcej wiary we mnie. - Puścił mnie i się obrócił, udając obrażonego. Przewróciłam oczami.

- Zawsze wiedziałam że jesteś najlepszy. - Odwrócił się z uśmieszkiem na twarzy.

- Wiedziałem, że wiesz! - Już nie mogłam się powstrzymać i zaczełam się śmiać. Nie wiem czy to przez tą sytuacje, czy temu winne są hormony. Po prostu wybuchłam śmiechem.

Jeszcze spacerowaliśmy przez jakiś czas. Ja wróciłam do domu, a Jace udał się do wielkiej Sali Anioła*.

                                                              
***


Jace


Weszłem do sali. Okazało się że posiedzenie, już się rozpoczęło. Zająłem miejsce obok Roberta. Dowiedziałem się że Iga widoczna była na mapie, dwa razy w ciągu tej doby. Trwało to kilka sekund lub minut, ale za każdym razem w innym miejscu. Zostawiała po sobie specjalny znak który wymyśliła. Przynajmniej tak podejrzewam. Abyśmy wiedzieli iż wróciła i że będzie z nami walczyć. Zaczęliśmy rozmowę nad strategią bitewną. Nareszcie!!! Przynajmniej na tyle, na ile pozwalała nam sytuacja. Mnóstwo map, całe setki. Nagle wpadłem na pomysł aby połączyć jakoś te miejsca ze sobą. Mój pomysł okazał się być sukcesem. Linie ukazały ten sam znak, jaki pozostawiała w miejscach swoich ataków. Jednak to nam nic nie powiedziało. W żaden sposób nie mówiły o jej następnym kroku.

Siedzieliśmy tam kilka bitych godzin rozmyślając nad tym jak powinniśmy postąpić. W końcu wróciłem do domu około pierwszej. Wszystkie światła pogaszone. Wchodząc do sierodka można by pomyśleć, że nie ma tu ani żywej duszy. Weszłem do sypialni. Oczywiście Clary już smacznie spała. Szybko w ziołem prysznic i położyłem się spać. Po chwili odpłynąłem.



1. Lustro – Jezioro Lyn - W mieście szkła jezioro okazało się być trzecim darem, zwanym lustrem.
2. Wielka Sala Anioła - siedziba Clave.



Mam nadzieje że się spodoba. Od razu przepraszam że nie dodałam go w czwartek lub w piątek,  po prostu nie mogłam. Następny rozdział być morze będzie jutro, ale nic nie obiecuję. 

Ps. Sprawdzajcie. 

Zachęcam jak zawsze do komentowania.

Rozdział 11 „ Nowina ”


Clary


- Magnus co mi jest?- Zaczynam się bać.
Spoglądam na Jace'a siadającego obok mnie na łóżko. Chłopak chwyta moją dłoń, dodając tym otuchy.

- Magnus!- Ponaglam go.

- No dobra. Mam dwie wiadomości jedną dobrą a drugą nie wiem, czy dobra, czy zła. Jak kto woli. - Po chwili dodał radośnie.- Ale powiem jedno, wiedziałem!!! - Widząc spojrzenie blondyna, się opanował. - Która najpierw?

- Poproszę najpierw dobrą. - Złotooki wziął łyka wody, stojącej jak zawsze na szafce.

- Moje gratulacje. - Raczą tak jag by ogłaszał, zwycięzcę jakiegoś teleturnieju. - Clary jesteś w ciąży. - Jace wypluł wodę na Czarownika. Roześmiałam się.

Magnus zrobił urażoną minę. Pstrykną palcami i nagle był cały suchy. Muszę przyznać spodziewałam się takiej wiadomości.

- To fantastycznie!!! - Wykrzyczał Jace.

- A jaka jest ta druga wiadomość? - Czarownik spojrzał na mnie troskliwie. - Magnus.

- Okej.- szepną.- To morze tak. Płud rozwija się bardzo szybko. Biorąc pod uwagę, że pewnie zaszłaś w ciąże podczas nocy poślubnej. Choć wiecie, wiedziałem, że tak się stanie. - Zmienił temat.

- Możesz dokończyć! - Zbulwersował się Jace.

- Tylko nie denerwuj się królewno. - Po chwili namysłu Bane zaczął kontynuować. - Płud bardzo szybko się rozwija. Według mnie ciąża morze potrwać tydzień albo trochę dłużej.

- Czyli nie jesteś pewien. - Skomentował blondyn. Usiadłam a on czule mnę obioł.

- Wiem, tyle że to dziecko ma duże stężenie Anielskiej krwi w sobie. Większe od was dwojga razem wziętych. Nie wiem jak, ciąża się potoczy, nigdy nie było takiego przypadku. Wiem natomiast tyle że powinniście nastawiać się na przyjęcie nowego członka rodziny.

                                                                          
***


Po tym, jak Bane wyszedł i dodał, że jest przekonany, że to będzie chłopiec. Moje serce urosło o dwa rozmiary.

Obecnie siedzieliśmy w salonie, trawiąc tę wiadomość, a w zasadzie tylko Jace, na którego kolanach teraz trzymam głowę. Chłopak bawi się moimi włosami, rozmyślając.

- Wiesz co? - Odezwał się, a ja podskoczyłam.

- Hmm. - Oparłam głowę na jego ramieniu. Pocałował mnie w czoło.

- Musimy poinformować innych.- Chwilę znowu nad czymś myślał. - Na myśl o spotkaniu z twoją matką robi mi się słabo i mam ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie.

Roześmiałam się, wstałam i poszłam do kuchni.

Kilka minut ślęczałam i myślałam co by tu zrobić na obiad. Od tyłu złapał mnie i położył ręce na moim brzuchu. Podskoczyłam z przestraszenia. Nawet nie słyszałam jego kroków. Co się dziwić – Runy.

- Przestraszyłeś mnie.- Odwróciłam głowę w jego stronę, a on mnie pocałował. - Okej nie wiem, co ugotować masz jakiś, pomysł na kolację?

- Wiesz, że dla mnie to bez znaczenia. - Widząc moje spojrzenie, zaczął się zastanawiać. - To morze zapiekanka? Dawno nie jadłem.

- Okej, ale będziesz musiał skoczyć po brokuły.

- Z przyjemnością. Od razu wpadnę do Lighwoodów i zaproszę ich na kolację.

Uśmiechną się szeroko i wyszedł.

                                                                                            
***


Jace


Brokuły, brokuły, brokuły gdzie je kupić? A już wiem!!!

W sklepie stałem w kolejce przez jakieś pół godziny. Wszystkie dziewczyny się na mnie gapiły. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Rozumiem je bardzo dobrze, przecież jestem taki boski.

Zapłaciłem i wyszedłem. Przed sklepem czułem na sobie ich spojrzenia.

- Jace!!! - Woła mnie znajomy głos. Odwracam się i widzę mojego kochanego prabatai. Podszedł do mnie, z daleka już się przyglądał zakupom. - Stary nigdy bym nie pomyślał. - Spojrzałem na niego pytająco, a ten wskazał na siatkę z warzywami.

- A to. Clary mnie wysłała.

- Myślałem, że jej zajmie to więcej czasu... No wiesz... - Zaśmiałem się, bo rozumiałem, o co mu chodzi.

- Taaa. No ale cóż. - Po chwili namysłu dodałem.- Magnus ci pewnie wspominał o dzisiejszej wizycie u nas.

- Mówił, tylko że u was był. Nic więcej.

Zdziwiło mnie to. Pewnie znowu się pokłócili, ale mi nic do tego. Chociaż widząc dobre samopoczucie Aleca, nie jestem tego taki pewien.

- Wpadnijcie dziś do nas wieczorem, mamy wiadomości, którą chcielibyśmy się z wami podzielić.

- Spoko przekaże reszcie. No ale wiesz, mi chyba powiesz. - Zrobił proszące oczka. Zacząłem się śmiać.

- Nie. - Sprostowałem kredko.- Dobra wieczorem poplotkujemy, muszę lecieć. Poważnie dzisiaj nie chcę wkurzać Clary.

- Czemu przecież kochasz wkurzać ludzi. - Zdziwił się.

- Tak, ale nie przy tej ilości hormonów.

Szatyn uniósł brwi. A ja odwróciłem się i ruszyłem w stronę posiadłości.

                                                                                 
***


Wchodząc do domu, już czułem zapachy dobywające się z kuchni.

- Czyli na marne szedłem do sklepu? - Odezwałem się urażony.

Spojrzała na mnie i się lekko uśmiechnęła.

- Wierz, że nie było cię... - Zerknęła na zegarek.- ponad godzinę...- Po chwili dodała.- No cóż nie ważne. Marz zamiar tak stać czy może mi pomożesz?

Podeszłem do niej i zaczęliśmy wspólnie kroić składniki i układać je w żaroodpornym naczyniu. Kiedy nie widziała to ukradkiem, podjadałem składniki. Nagle oberwałem ścierką do wycierania naczyń.

- Masz pomagać, a nie podjadać.

W ziołem jeszcze jeden kęs i wyszczerzyłem zęby. Ruda tylko się uśmiechała i kręciła głową.

- Mama też przyjdzie z Luce na kolację.- Zrobiłem przerażoną minę. - Spokojnie nie będzie tak źle. - Uspokajała mnie.

- Żartujesz sobie, ona mnie nie lubi... Mam małe pytanie.- Spojrzała na mnie.- Czy każdy facet boi się swojej teściowej? - Clary Roześmiała się i włożyła naczynie do piekarnika.

- Wątpię. - Uzyskałem odpowiedź. - Choć pomożesz mi nakryć.

W zieliśmy talerz, sztuczce, serwetki ltd. Ruszyliśmy do jadalni, gdzie zaczęliśmy nakrywać do stołu. Po skończeniu przygotowań Clary wyszła na taras, a ja po kilku minutach dołączyłem do niej. Podeszłem do niej od tyłu i przytuliłem się do jej pleców, kładąc ręce na jej brzuchu, dziewczyna położyła swoje dłonie na moich. Poczułem jak dziecko, się poruszyło. Uśmiech pojawił się na mojej twarzy, podobnie jak u Clary.

                                                                                     
 ***


Clary


Podczas posiłku zrobiła się niezręczna cisza. Którą postanowiła przerwać Isabell.

- Alec wspominał, że macie jakąś nowinę.- Dziewczyna zdaje się zaintrygowana.

- A żebyś wiedziała droga siostro. - Zaczął Jace. Już wiedziałam, że coś palni.- Chciałem ci się pochwalić, jak dobrze gotuję. No wiesz ta kolacja to moje dzieło.- Przyjaciółka wyszczerzyła oczywiście.

- Zaczęłam się śmiać pod nosem, podobnie do reszty. No może poza Izz i Jace'm wszyscy się śmialiśmy.

- A teraz tak na poważnie ciekawość mnie zżera.

Spojrzałam na ukochanego a on na mnie. Uśmiechnęliśmy się do siebie.

- Obiecaj, że w razie potrzeby mnie obronisz.- Szepną do mnie. Kiwnęłam tylko głową.

- To może ja powiem. To po pierwsze cieszę się, że tu z nami jesteście, mianowicie z tego powodu, że będzie więcej osób do powstrzymania Jocklin przed zabiciem mnie.

Wszyscy popatrzeliśmy na chłopaka. Moja mama wydaje się zamurowana. To w takim razie ciekawe jak się zachowa, gdy dowie, się o ciąży. Zaczęłam kręcić głową.

Mama wzięła kęsa, w tym samym momencie, gdy ubiegłam Jace i radośnie powiedziałam...

- Jestem w ciąż!- Mama zaczęła się krztusić, Luce jej pomógł. Wszyscy znowu wybuchliśmy śmiechem...



No i mamy rozdział 11.  Mam nadzieję że wam się spodoba, choć moim skromnym zdaniem jest trochę krótki i lekko nudny. Ale cóż mam nadzieje że macie inne . Jutro postaram się też coś dodać.

Pozdrawiam Łowczyni.

6

Rozdział 10 ,, Nowy dzień”


Clary



- Cholera!!!

Budzi mnie krzyk. Gwałtownie otwieram oczy, ubieram szlafrok, leżący na oparciu fotela stojącego przy ścianie i wybiegam z pokoju. Rozglądam się uważnie. Nikogo nie widzę. Schodzę na dół, też pusto. Nadal słyszę dźwięki, uświadamiam sobie, że to z sali treningowej, umieszczonej w piwnicy. Wchodzę do sierodka i z chodzę spiralnymi schodami w dół.

Opieram się o ścianę przy schodach. Jace rzuca sztyletami w tarczę. Raz pudłuje, kolejny i jeszcze jeden. Za każdym razem krzyczy lub przeklina. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam, u niego. Nie morze trafić w tarcze.

Zaczynam się martwić. Podchodzę do niego i chwytam jego dłoń gotową do rzutu. Spoglądam na jego twarz, jest cała spocona i czerwona.

-Co się dzieje? - Pytam zmartwiona.

- Nic. - Szepcze zdenerwowany. Kręcę tylko głową. - Nie chciałem cię obudzić. Myślałem, że na górze nie słychać, dźwięków wydobywających się stąd. - Jego głos zrobił się czuły. Uśmiecham się lekko, wyciągam sztylet z jego ręki i dotykam jego twarzy.

- Bo na ogół nie słychać. Poważnie te krzyki obudziłyby zmarłego. - Mój głos wydaje się delikatny. A na twarzy Łowcy pojawia się lekki uśmieszek. - Głodny?

Blondyn wyszczerzył swoje zęby, tak że mogłam dostrzec jego krzywy kieł.

- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo.

                                                                                             
***


Gdzie on to mieści? Mój mąż właśnie pochłania szósty naleśnik z serem. Przekonałam się, że jego żołądek to jakaś czarna dziura, pochłaniająca wszystko.

Blondyn wstaje i zanosi talerz do zlewu. Oddycham z ulgą, nie będę musiała dorabiać ich więcej.

- Jak chcesz, mogę zjeść jeszcze z kilka. Naprawdę dobre ci wychodzą. - Całuje mnie delikatnie.

- Dzięki. Następnym razem zrobimy je wspólnie. Przydasz się na coś.

- Kurcze miałem nadzieje, że moja genialna fryzura wystarczy. - Zaczął teatralne. - Ale cóż. - Spuścił głowę.

Uśmiechnęłam się.

- Jesteś czasem taki...

- Boski, powalająco przystojny, genialny, atrakcyjny, a morze niezłym ciachem?

Przewróciłam oczami i zaczęłam kierować się do sypialni.

- Mam to sam posprzątać?!!

- Tak!

- Żartujesz sobie!

- Ja nie jadłam!

Usłyszałam jego głośne westchnięcie i weszłam do sypialni.

                                                            
***


Jace


- Żartujesz sobie!

- Ja nie jadłam.

Specjalnie głośno westchnąłem.

Jeszcze się zemszczę. Zrobiłem porządek, w kuchni, bo innego wyboru nie miałem. Weszłem do sypialni. Moja rudowłosa piękność właśnie bierze prysznic, więc mogłem wykorzystać tę okazję, wyciągnąłem jej szkicownik z szuflady i postanowiłem go schować w salonie. Po drodze przejrzałem kilka kartek. Narysowała mnie, krajobraz Idris, Jockline, ptaka latającego z motylami.

Szkicownik wsadziłem za poduszki leżące na kanapie i wróciłem do pokoju. Dziewczyna jeszcze się kąpała, więc postanowiłem dołączyć, bo coś czuje, że bym długo czekał na swoją kolej. Weszłem po cichu do łazienki, zobaczyłem jak Clary owija się ręcznikiem i wychodzi z kabiny. A niech to szlak.

- W porządku?- Musiała zobaczyć moją zawiedzioną minę. Pokiwałem głową i się rozebrałem, aby się wykąpać.

- Tak. - Zrobiłem lekki uśmieszek i zniknąłem za drzwiami kabiny.

                                                                    
***


Isabell


Po wczorajszym weselu mam takiego kaca, że głowa mała. Narysowałam sobie kilka Iratze ( run leczniczych), aby poprawić swój stan, ale i tak niewiele to dało. Postanowiłam zejść na śniadanie. W kuchni byli wszyscy nawet Magnus.

- Hej śpiąca królewno. - Odezwał się Magnus. Tylko jęknęłam. Alec to zauważył.

- Spoko ja też mam kaca.

- A ja nie! - Odezwał się radonie czarownik.

- Jakim cudem?

- No wiecie...

- Dałam wczoraj mu specjalny napar. Też chcecie? - Zaproponowała mama. Z bratem równocześnie kiwnęliśmy głowami.

- Tak też można to ująć. - Strzelił focha się kocio-oki. Przewróciłam oczami. - Jestem ciekaw jak tam nasze gołąbeczki.

- Pewnie śpią. - Dał nam do zrozumienia tata.

- Ja bym nie był taki pewny. Zakładam, że właśnie pracują nad powiększeniem rodziny lub próbują się pozabijać. - Magnus się uśmiechną. - Stawiałbym na to drugie.

- Niby dlaczego?- Zaciekawiłam się.

- No wiesz pewnie Jace dał już w kość Clary, a ta, żeby nie cierpieć reszty życia z tym ciachem, próbuje go skrócić o głowę.

Alek prychną i wyszedł, Magnus poszedł za nim, w kuchni zostałam sama z rodzicami. Mama podała mi napar, po którego wypiciu poczułam się o wiele lepiej.


                                                                               
***


Clary



Od ponad godziny próbuje znaleźć mój szkicownik. Jace chodzi za mną i się śmieje.

Po kilku minutach odpuścił sobie i opadł na kanapę.

Odwraca się w jego stronę i widzę, jak przekłada kartki w moim szkicowniku. Podchodzę do niego na paluszkach i chwytam zeszyt. Chłopak zdążył złapać mój nadgarstek i przeciągną mnie na swoje kolana. Obią mnie w pasie oraz mocno przytulił.

- Gdzie go znalazłeś?

- A co teraz jestem twoim bohaterem? - Spojrzałam na niego poirytowana. - Tam gdzie go schowałem o tutaj. Wziął poduszkę i mnie nią lekko trzepną.

Wstałam i obeszłam kanapę z tą poduszką w ręku. Będąc przy schodach, rzuciłam nią w blondyna.

- Ej!! - Odwrócił się w moją stronę. Uśmiechnęłam się jak anioł.

Zdołałam dostrzec zegarek wiszące na ścianie przy schodach. Ten dzień szybko zleciał 19:48.

Postanowiłam schować zeszyt w garderobie na dnie szuflady z szalikami, czapkami, chustami, apaszkami i paskami. Tam go nie powinien znaleźć.

                                                                         
 ***


Nagle nad ranem zemdliło mnie. Wyrywam się z obcięć blondyna i biegnę do łazienki. Zaczynam wymiotować.

- Clary? Co się dzieje?- Słyszę zatroskany głos Jace'a


Ta da!!!! Mam nadzieje że się spodoba.  Zachęcam do komentowania!!! Mam nadzieje że to będzie masz mała tradycja, i do każdego rozdziału będę dodawać obrazek którego niema w folderze Obrazki.

                                     

Rozdział 9 ,, Połóż mnie jak pieczęć na swoim sercu, jak obrączkę na swoim ramieniu. Albowiem miłość jest mocna jak śmierć."


Clary


Od zniknięcia Igi minęło kilka miesięcy. Isabell przez ten czas zorganizowała ślub mój z Jace. W sumie chciałam sama to zrobić, ale moja droga przyjaciółka bywa tak denerwująca, że musiałam jej na to pozwolić. Nie żałuję. Przyjęcie odbędzie się w ogrodzie.

Dziewczyna pomaga mi się przygotować do ceremonii. Uczesała mnie w hiszpański kok, zrobiła delikatny makijaż i pomogła założyć bladoróżową suknię.
d

Isabell została moją druhną, a drużbą mojego narzeczonego jest Alec.


Szatynka ubrana jest w bladoróżową sukienkę przed kolano.

Rozległo się pukanie do drzwi. Weszła przez nie moja mama. Jej brzuch już sporo urósł. Wybrała sukienkę luźnie okalającą jej ciało. Włosy ma rozpuszczone, co dodaje je nieco świeżości.

- Gotowa? - Spytała stojąc kilka kroków przedemną. - Skarbie wyglądasz prześlicznie. Przytuliłam Jocklin na przywitanie.

- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się.

Isabell poprawiła mi sukienkę i welon. Zaraz po tym wszystkie wyszłyśmy. Ciężarna udała się an swoje siedzące miejsce w ogrodzie. Ja wraz z przyjaciółką skierowałyśmy się do wyjście z którego ruszymy do ołtarzu. Luce czekał już na mnie. Ubrany był w czarny smoking i białą koszule (Klasyka).

- Clary wyglądasz fantastycznie. - Skomplementował.

- Dzięki. Ty też niczego sobie. - Uśmiechnęliśmy się.

Muzyka zaczęła grać. Izz podała mi mój bukiet kwiatów i chwyciła swój. Zaczęła iści w kierunku ołtarza. Po chwili nadeszła moja kolej. Wzięłam ojczyma pod ramię.

- Nie pozwól mi upaść. - Szepnęłam.

- Nigdy.

Ruszyliśmy. Wszędzie było pełno kwiatów różowych, złotych, żółtych a gdzieniegdzie ciemnych. Rośliny zwisały z gałęzi drzew, przyczepione był do krzeseł i stały co kilka metrów po obu stronach dywanu, który został posypany płatkami róż, co ślicznie kontrastowało z jego srebrnym kolorem. Goście odwrócili się w moją stronę.

Kiedy zobaczyłam Jace uśmiechniętego od uch do uch i podobnie ubranego do Luce'a. Od razu większy uśmiech zagościł na mojej twarzy.

Wzrok blondyna uważnie obserwował każdy mój ruch. Kiedy doszliśmy, na miejsce wilkołak pocałował mnie w policzek i podał moją dłoń Jace'owi. Tym ruchem oddając mu mnie. Chłopak chwycił moją dłoń delikatnie.

Podałam mój bukiet druhnie, na którą bez przerwy gapi się mój drogi przyjaciel Simon. Nagle wyłonił się Cichy Brat, który poprowadzi ceremonię.

- Zebraliśmy się tu, aby połączyć Jace Herandale i Clarissę Adel Fray świętymi runami małżeńskimi. Jeżeli jest ktoś, temu przeciwny niech przemówi teraz lub zamilknie na wieki. - Nikt się nie odezwał. - Czy ty Jace Herandale bierzesz sobie za żonę Clarissę Adel Fray i ślubujesz jej wierność, miłość i uczciwość małżeńską w zdrowiu i w chorobie aż do śmierci?

- Tak

- Czy ty Clarisso Adel Fray bierzesz sobie za męża Jace Harendale i ślubujesz mu wierność, miłość i uczciwość małżeńską w zdrowiu i w chorobie aż do śmierci?

- Tak

- Zgodnie z treścią Pieśni nad pieśniami ,, Połóż mnie jak pieczęć na swoim sercu, jak obrączkę na swoim ramieniu. Albowiem miłość jest mocna jak śmierć.” - Zacytował i podał nam po jednej złotej steli. - Narysujcie teraz sobie nawzajem święte runy w imię Raziela.

Jace zbliżył się do mnie i przyłożył swoją stele w miejsce mojego sercem, które zaczęło bić jak opętane.

- Clarisso przyjmij tę runę jako znak mojej miłości i wierności w imię Raziela. - Zaczął rysować znak.

Nadeszła moja kolej. Zaczęłam rozpinać koszule chłopaka i gdy skończyłam, przyłożyłam stele w miejscu jego serca.

- Jace przyjmij tę runę jako znak mojej miłości i wierności w imię Raziela. - Zaczynam rysować znak.

Powtórzyliśmy słowa i czynności podczas tworzenia run na ramieniu tylko z taką różnicą, że gdy to ja rysowałam znak, to musiałam zdjąć z niego marynarkę i koszulę.

- Ogłaszam was mężem i żoną w imię Raziela.

Blondyn przyciągną mnie do siebie i delikatnie pocałował.

                                                                   
 ***


Po przywitaniu wszystkich gości, udaliśmy się do drugiej części ogrodu gdzie ma miejsce przyjęcie. Pan młody zdążył już ubrać koszulę i marynarkę, którą z niego zdiełam na oczach wszystkich.

- Mogę prosić do tańca?- Mój mąż spytał, kłaniając się lekko.

- Naturalnie. - Podałam mu dłoń i ruszyliśmy na parkiet.

Zaczęliśmy tańczyć pierwszy taniec, który nam lepiej wyszedł, niż myślałam. Wszystkich wzrok był skierowany na nas. Następnie było jeszcze kilka utworów, do których wszyscy tańczyliśmy, a potem usiedliśmy na swoje miejsca przy stołach.

Jace wstał i lekko łyżeczką uderzył o lampkę. Rozległ się delikatny dźwięk. Wszyscy spojrzeli na niego.

- Chciałbym wznieść toast za moją przepiękną i cudowna żonę. Również chcę jej podziękować, za to, że dzięki niej stałem się lepszym człowiekiem i zrozumiałem, co to jest prawdziwa miłość. No i chciałabym podziękować jej za to, że zgodziła się spędzić resztę życia z moim osobliwym charakterem. Kocham cię Clary.

Łza spłynęła po moim policzku. Usiadł i pocałował mnie. Goście zaczęli śmiać się i bić brawo.

- Ja ciebie też kocham.- Uśmiechną się.

- Trudno mnie nie kochać, przecież jestem wspaniały. - Przewróciłam oczami.

Następnie ja wygłosiłam mowę a po mnie Isabell, Alec, Simon, Marysie, Jocklin i Luce. Przez resztę wieczoru wszyscy tańczyliśmy, śmialiśmy się i w większości piliśmy. Innymi słowy, dobrze się bawiliśmy.

                                                                                          
***


Jace przeniósł mnie przez próg sypialni.

- Zmęczona?- Spytał z ognikami w oczach.

Przez chwilę patrzyłam mu prosto w oczy. Przycisnęłam go do siebie i namiętnie pocałowałam. Wyczułam jego zadowolenie. Zrzuciłam z niego marynarkę i zaczęłam rozpinać koszulę, on natomiast odnalazł suwak na moich plecach i pociągną go w dół. Sukienka automatycznie opadła. W końcu zdjęłam z niego koszulę. Jace podniósł mnie, a ja zaplotłam nogi dookoła jego bioder. Ruszył w stronę łóżka, na którym ostrożnie mnie położył. Pociągnęłam go za sobą. Pocałunki stawały się coraz zachłanniejsze...

                                                                                           
***

Jace


Nie mogę w to uwierzyć, ona jest moja. Marzenia się jednak spełniają.

Spojrzałem na Clary leżącą na moim torsie, delikatnie ją obiołem. Dziewczyna automatycznie wtuliła się we mnie jeszcze bardziej. Sprawiło mi to przyjemność. Zacząłem sobie wyobrażać nasze dzieci. Dziwne, bo wcześniej nigdy tego nie robiłem, ale cóż zawsze marzyłem o pełnej i kochającej się rodzinie. O mnie, mojej żonie i o naszych dzieciach, które swoją drogą będą wszystkich powalać na kolan swoją urodą. Wystarczy przecież spojrzeć na mnie, jestem boski, a Clery delikatna i urocza, a do tego przepiękna. Mamy gotową mieszankę wybuchową.

No i proszę o to, i mamy rozdział dziewiąty i dziesiąty rozdział opowiadań (licząc prolog)!!! Udało się obejść bez imienia dla Cichego Brata.  8-) Dedykuje ten rozdział wszystkim czytelnikom. A to coś na poprawienie humoru.

                       

Rozdział 8 ,,Jeszcze wrócę”



Clary


-Jace nie wiem co się...

Widzę ciemność, z której wyłania się postać. Już ją gdzieś widziałam, to anioł.

~ Nie obawiaj się mnie córko Valentina.

Podeszłam krok bliżej. Nie wiem, co się dzieje. Przed moimi oczami pojawia się ,,Wspaniały”. Miecz, którym kiedyś przeszyłam Jace.

~ Tym mieczem przeszyjcie uczennice, a osłabicie ją.

Idę w kierunku broni i dotykam jej.

~,,Wspaniałego” zsyłają wam Anioły. Może użyć go ten, który został przez niego obdarowany. A nosi imię...

-Jace. Jace Herandale.

~ Przyrzeknij na Anioła, że mu go przekażesz.

-Przyrzekam na Anioła. - Złożyłam największą przysięgę.

~ A więc weź go.

Chwyciłam za rękojeść miecza. Wszystko dookoła się rozmazało.

                                                                    
***


Wszyscy wpatrywali się we mnie oraz moją dłoń trzymającą ostrze.

Zaczęłam wstawać, ale moja kochana mama pchnęła mnie z powrotem do pozycji leżącej.

- Mamo nic mi nie jest. Mogę usiąść.

Tym razem się udało. Położyłam miecz na jednym ze stolików.

- Co się stało? - Zmartwił się blondyn.

- Ithariel. - Wydukałam.

- Chłopak już wiedział, o co chodzi. Chwycił czule moją dłoń.

- Co ci powiedział?

- Powiedział, abyśmy, Wspaniały przeszyli Ana... Igę, -Szybko poprawiła.- że zsyłają go nam Anioły, i tylko ty Jace możesz go użyć, aby ją przeszyć i osłabić.

Wszyscy zaczęliśmy się zastanawiać ją, by tu ją osłabić, a potem zabić.

-Już wiem! - Zerwała się Izz. - Skoro ona jest zakochana w Jace, to wykorzystajmy to. - Chłopak uniósł brwi. - No wiesz, zaczniesz ją podrywać. Mówić jak to ją lubisz, jak bardzo ci się podoba zaczniesz słodzić, ile wlezie. Gwarantuje, że na to pójdzie.

- To nie taki zły pomysł.

Ukochany wytrzeszczył oczy, spoglądając na mnie. Pewnie nie spodziewał się takiej reakcji.

- No co?

- Czyli nie będziesz zła, jeżeli z nią zrobię coś takiego. - Obrócił mnie w pasie i namiętnie pocałował.

- Nie, jeżeli na to nie będę musiała patrzeć.

Wzruszył ramionami i zrobił minę knującego geniusza.

- Masz pozwolenie tylko na ten jeden raz.

Westchną teatralnie. Przewróciłam oczami.

- Proponuje zacząć jutro. - Zaproponowała Marysie. - Przyjdźcie jutro, nie lepiej dzisiaj na kolacje i od razu ten plan wcielimy w życie.

-Genialne. Brachu, będziesz mógł w końcu po podrywać. - Odcieknął się Alec.

Spiorunowałam go wzrokiem.

- Ok. Czyli dziś, kolacja u waz.

Kobieta kiwnęła głową. Rodzina Likwoodów wyszła z domu. Zostaliśmy tylko w czwórkę.

-No dobra, kiedy zamierzaliście np. poinformować o...

-W zasadzie tylko ciebie. - Luce przerwał żonie.

-Wiedziałeś?!- Mężczyzna z kiwną głową. - Po prostu świetnie! - Jocklin wzniosła ręce w górę i 
je opuściła.

- Mamo mogę, o to samo cię spyta. - Pytająco spojrzała na córkę. - Mówię o twojej ciąży.

- Skąd ty to... Luce?

- Nic mi nie powiedział. Wystarczy spojrzeć. Wyraźnie widać.

- Poważnie, bo ja bym tego nie powiedział. - Jace przekręcił głowę i zaczął uważnie wpatrywać się w przyszłą teściową.

Pokręciłam głową, przewróciłam oczami i lekko trzepnęłam go w tors.

- No co? Ja bym nie zauważył.- Odezwał się teatralnie.

- Typowy facet.- Burknęłam pod nosem i opadłam na kanapę.

                                                                           

***



Anabef / Iga



Gdzie ci idioci są przez cały dzień?

W całym domu jestem tylko ja. Przeszukałam dokumenty, ale nic w nich przydatnego nie znalazłam.

Wyciągnęłam się na kanapie w salonie.

Spotkanie mam wieczorem. Ciekaw co teraz robi Jace. Dobra ogarnij się dziewczyno! Nakazałam sobie. Zamknęłam oczy i mocno się koncentrowałam.

Jak wam idzie?

Wszystko prawie gotowe o pani. - Uśmiechnęłam się.

Fantastycznie a co z więźniem?

Nie żyje jak pozostali. Całą krew wydobyliśmy z ciała. Została umieszczona w kuli.

Jeszcze lepiej. Brakuje jeszcze tylko krwi jednego Łowcy. - Po dłuższej chwili namysłu dodałam.- Wiem kogo. Zajmę się osobiście następną ofiarą. - Pomyślałam o Clary.

Pani ciało zostanie...

Nie tym razem. Spalcie. - Rozkazałam. - Nabierają podejrzeń...

- Anabef tu jesteś – Ta czarnowłosa kretynka przerwała mi rozmowę. - Szkoda, że cię z nami nie było. Nie chciałam cię budzić.

- Och. Nic się nie stało. Może następnym razem. - Zaczęłam najmilej i najsłodziej jak tylko potrafiłam. - Ale przynajmniej udało mi się przespać. Wiesz, usnęłam nad ranem.

- Skarbie -Kobieta mnie przytuliła. - Następnym razem przyjdź do mnie. Zrobię ci napój nasenny. - Kiwnęłam głową.

Rozmawiałyśmy jeszcze przez kilka minut i wyszła.

Matko ile, można jej słuchać? Ta kobieta może wykończyć, praktycznie niczym. Za jakiś czas pewnie odkryją, kim jestem lub się ujawnię i przyrzekam, że odetnę jej ten jęzor.

                                                                                                  
***


Jak ja nienawidzę takich sytuacji!

Wszyscy siedzimy przy stole i jemy kolację, przez którą musiałam odwołać spotkanie. Nie żałuję tej decyzji. Jace bez przerwy się na mnie patrzy! Obym się nie zaczerwieniła. Po chwili zaczynamy ze sobą filtrować, a ta idiotka Clary niczego nie zauważa. Szkoda mi jej.

Po pół godziny przenieśliśmy się do salonu. Isabell i Clary gdzieś zniknęły. Pewnie są w pokoju tej...

- Anabef przejdziesz się ze mną? - Zapytał mnie Jace, wyrywając z zamyśleń. Jak mogę być na niego zła. Jest taki...- To jak?- Znów ni przerwał.

- Jasne.

Uśmiechnęłam się do blondyna i wstałam. Wyszliśmy na korytarz. Po chwili ciszy chłopak ją przerywa.

- To jak ci miną dzień?

- W sumie to nawet nieźle.

- Szkoda, że dziś nie wpadłaś z pozostałymi. - Wydaje się zawiedziony.

Doszliśmy do schodów, na których przysiedliśmy. Chwycił moją dłoń i zaczął się bawić jej palcami. Moje serce przyspieszyło pod wpływem jego jednego dotyku. Pewnie to wyczuł, bo bardziej się u uśmiechną. Nachylił się i mnie pocałował! Nie wierzę w to, co się dzieje! Pocałunek był delikatny, a zarazem zachłanny. Otworzyłam oczy, które wcześniej zamknęłam, nie przerywając tej cudownej chwili. Zobaczyłam rudą, wyglądająca jakby miała się zaraz rozpłakać. Postanowiłam to wykorzystać i dać jej prawdziwy powód do płaczu. Nadal całując się, wstaliśmy w opięciach. Bardziej zaangażowałam się w ten pocałunek.

Czuję jak coś przeszywa mój brzuch. Otwieram ponownie oczy, widzę miecz umieszczony w moim ciele i rękę chłopaka trzymającą jego rękojeść. Dlaczego czuję ból? Wcześniej tak nie było.

Upadłam na podłogę w momencie, gdy złotooki wyciągną to żelastwo i zemnie. Skulam się i czuje łzy spływające po moich policzkach.

- Dlaczego? Dlaczego tak boli?

- Czyli ,,Wspaniały” wykonał swoje zadanie Igo.

Rozszerzyłam oczy. Ten miecz kompletnie mnie osłabił.

- Pożałujecie tego. Jeszcze wrócę! - Wypowiedziałam te słowa resztkami sił. Zaczęłam się przenosić, ale poczułam jak ktoś, wbija mi ponownie ostrze, ale tym razem w serze. Przeniosłam się i zatonęłam w ciemności.



Zaskoczyłam was co?  Jak wam się podoba rozdział?

Ps. do następnego rozdziału potrzebuję imienia dla Cichego brata. Jeżeli macie jakieś pomysły to piszcie. Nie liczy się Brat Zachariasz.  Z góry dziękuję.   :lol:    

Rozdział 7 ,,Prawda"



Isabell


Kiedy weszłam do kuchni, zobaczyłam jak wszyscy stoją dookoła Marysie. Anabef pewnie jeszcze śpi. Co za ulga.

-Co się stało?

-Dostałam w nocy wiadomość od Jace'a.- Podała mi kartkę. - Spójrz.

Przeczytałam wiadomość kilkakrotnie, aby ją dobrze zrozumieć. Jest trochę dziwna i niezbyt zrozumiana. Przynajmniej dla mnie.

- Wiecie, o co morze chodzić?

Nagle Alec złapał się za runę prabati i opadł an krzesło.

                                                                        
***


Clary


Obudziły mnie poranne promienie słońca padające przez okno. Zapewne Jace odsłonił zasłony, gdy wstał.

Siadam i z powrotem opadam na poduszki. Mam wrażenie jakbym, oberwała czymś w głowę. Leżę jeszcze przez kilka minut wpatrując się w okno.

-Nie mogę tak spędzić całego dnia. - Mówię do siebie.

Decyduję się wstać mimo bólu. Wyciągam z garderoby czarne spodnie, granatową bokserkę, dżinsową koszule i do tego para tenisówek.

Biorę szybki prysznic, ubieram się i schodzę na dół.

-Hej co robisz? - Dopytuje się.

- Śniadanie. Jesteś głodna? - Kręcę tylko głową. Na jego twarzy można odczuć ulgę. Co się stało?

- No cóż, więcej dla mnie. - Nałożył jajecznice na talerz, który po chwili odstawił na stół i podszedł do mnie. 
- Jak się czujesz?- Pocałował mnie w policzek a zaraz po tym, wrócił do posiłku.

- Jag bym oberwała czymś w głowę.

Wydaje się czymś zaniepokojony.

- Jace co się stało?

- Nic nie pamiętasz?

- Co mam pamiętać? Nie rozumiem.

- Wielka szkoda, bo było tak cudownie. - Zrobił minę urażonego dziecka.- Ater...

- Jace!- Przerwałam mu wypowiedź.

Usiadłam obok niego. Widząc to, przestał jeść.

- A więc w nocy...- Opowiedział całą nieprawdopodobną historię, z której wydarzeńa miały miejsce minionej nocy. - To mniej więcej cała historia.

Zatkało mnie kompletnie. Do głowy napływały mi przeróżne pytania.

- Dlaczego niczego nie pamiętam?

- Nie wiem, ale wydaje mi się, że...- Blondynowi przeszkodziło pukanie do drzwi.

- Otworze. - Zadeklarował się.

Wstał, pocałował moje włosy i zniknął w korytarzu.

                                                                   
***


Alec


Siedziałem tak przez kilka minut. Czułem, że chodzi o coś poważnego i związanego z Clary.

- Powinniśmy zawiadomić Jocklin.- Wszyscy spojrzeli na mnie pytająco.- Wiem, że to głupie, ale czuje, że tu chodzi między innymi o Clary.

- Dobrze zrobię to.- Mama od razu wyszła.

Isabel usiadła obok mnie i ścisnęła moją dłoń.

- Głodni? - Odezwał się tata. Oboje pokręciliśmy głowami.- Ja też nie.

Usiadł przy nas i zaczął wpatrywać się w ścianę za swoją córką.

- Jak wczorajsze posiedzenie?- Dopytuje się dziewczyna.

- Oczywiści ogromna kłótnia na temat zabójstw. Znaleziono nowe ciała, ale nie wiadomo, czyje są tak zmasakrowane, że ciężko je zidentyfikować. No i stara gadka o Jace i Jonatanie oraz o niebiańskim ogniu.

Oparłem głowę na dłoniach i tak siedziałem. Drzwi do kuchni otworzyły się, a w nich stanęła Marysie.

- Zawiadomiłam Jocklin. Spodkami się na miejscu.

Wyszliśmy z kuchni, ubraliśmy się i ruszyliśmy do rezydencji Herandalów.

Oczywiście tak jak prosił mój prabat bez Anabef.


 ***


Jocklin


Nadal nie mogę w to uwierzyć. Znowu jestem w ciąży. Luce jest tak szczęśliwy i troskliwy jak nigdy.

- Jocklin kochanie wszystko w porządku?

- Tak. W jak najlepszym. Nie musisz się tak martwić.

- Wiesz, że będę.

- Uśmiechnęłam się lekko i wróciłam do posiłku.


 ***


Siedząc przy kominku, zauważyłam lekkie światło, z którego wypadła ognista wiadomość. Podniosłam kartkę z podłogi.


Jocklin spotkajmy się w posiadłości Herandelów.
                    To bardzo ważne.
               Przyjdź jak najszybciej.
                                                                                    Marysie.


Od razu zerwałam się z fotela i ruszyłam na miejsce spotkania.

                                                         
***


Jace


Drzwi otworzyłem gwałtownym ruchem. Za nimi zobaczyłem moją rodzinę i rodziców Clary. Zaprosiłem wszystkich do salonu.

- Jace kt...- Przerwała Clary, kiedy ujrzała naszych gości.

Od razu podbiegła do Jocklin i mocno się przytuliła. Co się dziwić, kiedy nie widzisz matki ponad pół roku. Uśmiech zamieszkuje na mojej twarzy, widząc ten obrazek.

- Możecie nam wyjaśnić, o co tu chodzi?- Marysie zaczęła się dopytywać.

- Morze usiądźmy. - Zaproponowałem.

Jocklin, Luce, ja i Clary usiedliśmy na dużej kanapie, moje rodzeństwo wybrało parapety, a Marysie wraz z mężem rozsiedli się w fotelach. Obiołem Clary ramieniem, nie wiem, czy żeby się uspokoić, czy ją. Dziewczyna splotła nasze palce. Wzrok Jocklin spadł na pierścionek zaręczynowy na palcu córki. Wytrzeszczyła oczy, ale nic nie powiedziała.

- Okej nawet nie wiem, od czego mam zacząć. - Przełknąłem.

- Najlepiej od początku.- Zaproponował wilkołak.

- Dobrze... - Opowiedziałem im całą historię. Wszyscy zamilkli. Było tak cicho, że słuchać muchę latającą w innym pomieszczeniu.

- I co teraz mamy zrobić? - Izz wydaje się zmartwiona.

- Zawiadomię o tym Clave. Muszą o tym wiedzieć. - Oznajmił Robert i wyszedł z domu.

- Moim zdaniem powinniśmy ją zabić!- Wstałem, wykrzykując pewien siebie.

- Jace...- Spojrzałem na ukochaną. Jej głos wydawał się zduszony.

- Jace nie wiem co się...-Zemdlała.

Szybko podbiegłem do dziewczyny i ukląkłem przy niej.

- Clary otwórz oczy, proszę.- szepnąłem.

Przez następne pół godziny tak szeptałem, siedzą przy niej. Potem Jocklin przykucnęła przy córce, a ja zacząłem chodzić po pokoju w tą i z powrotem.

- Uspokój się. - Nie reaguję- Jace słyszysz?- Kobieta nadal próbuje.

- Do jasnej cholery uspokój się, bo przez ciebie zaczynam się denerwować. - Skarciła mnie siostra. Usiadłem przy narzeczonej.


Taka mała niespodzianka. Ten rozdział dedykuje wszystkim czytelnikom. Mam nadzieje że się spodoba. Zachęcam gorąco do komentowania.  ;-)